środa, 21 marca 2012

Drożdżowe wspomnienie z wakacji



Cała moja rodzina jest z miasta. Totalny brak rodziny na wsi. W czasach PRL-u był to pewien kłopot. Nie mieliśmy dokąd  jeździć na wakacje. Moja babcia zaprzyjaźniła się więc z  Frankową. To taka zupełnie nie znana obecnie instytucja - baba z cielęciną.  W latach powojennych i potem jeszcze długo, do miasta przyjeżdżały, omotane w dużą, zazwyczaj kraciastą chustę, kobiety ze wsi. Przywoziły kosze jajek, śmietany, mięsa. Pukały do drzwi i każdy wiedział o co chodzi. Natomiast na jesieni przyjeżdżali ich mężowie, wozami pełnymi kartofli i cebuli. Nasi dostawcy nazywali się Skonieczni. Mieszkali  pod Małkinią. On miał na imię Franciszek, a jego żona nie miała imienia, bo wszyscy mówili na nią Frankowa. Wyglądali jak z sielskiego obrazka w podręczniku. On żylasty, postawny, opalony, zawsze w czapce z małym daszkiem. Kiedy wieczorem tę czapkę zdejmował, okazywało się, że ma pod spodem biały pasek nieopalonego czoła. Ona drobna, jakby zasuszona od ciągłej krzątaniny. Zawsze w chustce na głowie. Domek mieli drewniany, kuchnia i dwie izby. Jedna dla letników. Od strony drogi rosły najsmaczniejsze na Świecie wiśnie. Za stodołą ciągnęły się łąki i pastwiska, aż do samej rzeki. Jeździliśmy tam przez wiele lat. Nigdy potem nie jadłam już takich dobrych ziemniaków i placka drożdżowego. Może to przez piec, gliniany, palony drewnem. może przez beztroskę dzieciństwa. Często myślałam o upieczeniu takiego placka. Czytałam różne przepisy usiłując wywróżyć ze składników czy to będzie TEN placek. Ale nie znalazłam. I w dodatku długo bałam się piec ciasta drożdżowe. Moja babcia bardzo rzadko takie piekła i zawsze podkreślała, że to bardzo trudne, bo opadnie, bo będzie zakalec, bo musi być ciepło,  i nie wiadomo co jeszcze. Wolałam nie ryzykować.

Teraz jednak sama mieszkam na wsi i piekę czasami chleb. Niespodziewanie prosto się to robi. I zawsze wyrasta. Tak samo jak placek do pizzy.  Przełamałam lęki i upiekłam  kilkakrotnie ciasto drożdżowe z owocami. Też banalnie proste. Przyszedł więc czas na placek. Ponieważ żaden przepis mnie nie przekonał zrobiłam na wyczucie.
Składniki:
  •  szklanka mleka od zaprzyjaźnionej krowy lub z butelki, nie UHT
  • 150 g wiejskiego masła
  • 2 jajka od kury
  • cukier trzcinowy, można dać szklankę lub mniej - jak kto lubi
  • 50g drożdży świeżych
  • ok. 2 szklanek mąki pszennej
  • cukier waniliowy z prawdziwej wanilii, 1 opakowanie.
  • dodatkowo na kruszonkę - 50g masła, pół szklanki mąki, pół szklanki cukru
 Drożdże należy rozdrobnić, włożyć do ciepłej miski ( np. przelanej wrzątkiem lub podgrzanej w piekarniku). zalać letnim mlekiem, dodać cukier i garść mąki. Wymieszać i odstawić na ok. pół godziny.Masło rozpuścić powoli w rondelku i zostawić do przestygnięcia. Możemy  teraz przygotować kruszonkę -  zimne masło siekamy nożem z dodatkiem mąki i cukru. Zagniatamy jak na kruche ciasto. Jeżeli trzeba dosypujemy więcej cukru, tak by ciasto łatwo się dało pokruszyć. Odkładamy na razie do lodówki. Kiedy  w zaczynie będzie mnóstwo dziurek, to znaczy, że drożdże są dobre i "pracują". Możemy wtedy dosypać resztę mąki i wyrobić ciasto. Mąkę dosypujemy partiami i dajemy jej tyle żeby ciasto było sprężyste i nie kleiło się do rak. Do wyrobionego ciasta dolewamy rozpuszczone masło i dodajemy cukier waniliowy ( ewentualnie zapach waniliowy) i znowu wyrabiamy. To najtrudniejszy moment, nie można się poddawać, trzeba wyrabiać ciasto przez ok. 15 minut. Dzięki temu będzie puszyste.  Tak wyrobione ciasto odstawiamy znowu na ok. godzinę, tak by podwoiło swoją objętość. Zarówno zaczyn jak i ciasto najlepiej odstawiać w ciepłym zakamarku kuchni, lub do leciutko podgrzanego piekarnika, nakrywając miseczkę ręcznikiem. Gdy ciasto wyrośnie jeszcze raz je wyrabiamy, tym razem dość krótko. Wykładamy na blachę wyłożoną papierem do pieczenia. Posypujemy kruszonką. Można kruszonkowe ciasto zbić w kulkę i zetrzeć na grubej tarce- będą kawałeczki równiejszej wielkości  Trzeba pamiętać, że ciasto mocno wyrośnie, więc lepiej wziąć większą foremkę. Ja piekłam w prodiżu o średnicy 25 cm, bo mój piekarnik ma humory i bałam się mu powierzyć ciasto drożdżowe. Pieczenie trwa ok 40 minut w średniej temperaturze- nie może być za gorąco, bo ciasto nie zdąży urosnąć. Po upieczeniu nie ruszamy ciasta. Musi trochę ostygnąć. Zapach w całym domu jest tak fantastyczny, że nawet gdyby mi wyszedł zakalec to by było warto- dla tego zapachu. Na szczęście placek pięknie wyrósł. I jest bardzo drożdżowy w smaku. Najlepiej smakuje z masłem lub dżemem. Nie jest to może niskokaloryczne, ale raz na jakiś czas przecież można trochę zaszaleć.



1 komentarz: